Z nowym rokiem przyszło mi wysprzątać piwnicę. Już jakoś tak mam, że lubię w nowy rok coś posprzątać...
Jeden z efektów tego sprzątania trafił jakiś czas temu na PR…
Inny efekt to wyciągnięte na światło dzienne po latach piwnicznego zesłania prawie 1500 kaset magnetofonowych.
To znaczy było ich 1500… jednym z elementów noworocznego sprzątania była rzeź kaset.
Na śmietnik trafiło, bez miłosierdzia, wszystko to, co można dostać na CD, co kiedykolwiek na CD zostało wydane.
Liczba taśm zredukowana do jakichś 200 – 300… dokładnie nie wiem, nie liczyłem – zalegają w dwóch kartonowych pudłach…
Te kilka setek to białe kruki, rzeczy których nie ma na CD i już raczej nie będzie. Drugoobiegowe wydania z lat osiemdziesiątych, niezależne, alternatywne wydawnictwa lat dziewięćdziesiątych.
Z początkiem wieku CD rynek opanowało już całkowicie… i kaseta zniknęła… Dokładnie kiedy? Nie wiadomo – wyszła sobie po angielsku…
W wolnych chwilach realizuję projekt kaseta. O tak jak teraz. Po ponad dwóch tygodniach ciężkiej pracy i spania po trzy – cztery godziny na dobę jest to zasłużona chwila odprężenia…
Butelka wina, holenderski ser, oliwki i stare kasety.
Specjalnie wyciągnąłem z biura dodatkowy laptop, ze wspomnianej powyżej piwnicy mini wieżę z odtwarzaczem kasetowym, kabelek odpowiedni do tego, a na komputerze program audacity…
Obecnie gra “Wojna Postu z Karnawałem” Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego… ale nie ta wersja, która ukazała się na kompakcie….
Przed wersją studyjno-kompaktową była wersja koncertowa – rejestrowana na żywo z myślą o płycie. Moim zdaniem jest o wiele lepsza, bardziej energetyczna, lepiej zagrana i zaśpiewana od studyjnej. Czemu trafiła głęboko na dno szuflad w firmie Pomaton EMI? Nie wiem…
Nie wiem (bo nie śledzę tego dokładnie) czy to się gdzieś finalnie ukazało, choćby w formie bootlegowego wydania…
Więc na wszelki wypadek ocalam jeśli nie dla potomności, to przynajmniej dla siebie…
Jak znajdę czas, to może nawet odszumię nieco… a co…
Tempus fugit
“Włóczędzy
Wchodzimy z twarzami zdrowymi od mrozu,
Siadamy przy ogniu tańczącym z radości.
Ścieramy z nadgarstków odciski powrozów,
Wołamy o wino i chleb i tłustości,
Spod ścian patrzą na nas w milczeniu miejscowi
Napięci, na wszystko gotowi.
Wchłaniamy łapczywie wielkimi kęsami,
Łykamy alkohol aż warczy nam w grdykach,
Bekniemy czasami, pierdniemy czasami,
Aż z ław w ciepło wzbija się woń wędrownika
I płynie pod ściany miejscowych, jak ręka
Co mówi – przestańcie się lękać.
Śpiewamy piosenki o drodze i pracy,
O braku pieniędzy i braku miłości,
Podnoszą się ze snu miejscowi pijacy,
Słuchają oczami rozumnej przeszłości,
Ktoś wstanie, podejdzie, zapyta – kto my?
– My dzieci wolności, bezdomne my psy.
Przysiada się stawiać i pytać nieśmiało
Gdzie dobrze, gdzie lepiej, a gdzie pieniądz rośnie?
I plączą się cienie pod niską powałą
I coraz jest ciaśniej i duszniei i głośniej,
Bo oto włóczędzy z przeszłością swą mroczną
Dla ludu się stają wyrocznią.
Mówimy o wojnach w dalekich krainach,
Zmyślamy, bogactwa zdobyte, stracone,
Słuchają, jak mszy, dolewają nam wina,
I dziewki przysiada się też, ośmielone,
Do ognia dorzuci przebiegły gospodarz:
Noc długa korzyści mu doda.
Rozgrzani, snujemy niezwykłą opowieść
Zazdroszcząc im tego, że tacy ciekawi,
Choć mają, co każdy powinien mieć człowiek,
A za – byle co – już gotowi zastawić
By włóczyć się, szukać i błądzić, jak my
I żyć bez pór roku, bez nocy i dni.
Pijemy i każdy już ma coś na oku –
Ten nocleg w piekarni, ten pannę piersiastą;
Świt znajdzie nas znowu za miastem na stoku.
Gdzie nikt tak naprawdę nic nie ma na własność,
A im pozostanie piosenka i sny:
“My dzieci wolności, bezdomne my psy”...