Film istnieje tylko dzięki ułomności naszego postrzegania. Wystarczy sprytnie ożenić obraz i czas.
Nie przez przypadek jedna z pierwszych maszyn symulujących ruch nazywała się fenakistoskop, od greckiego φενακίζειν – oszukać.
To może być patyczkowata figurka tańcząca na odgiętych, szybko tasowanych kartkach zeszytu.
Osiołek ze szklanego dysku zoopraksiskopu Muybridgea, naga kobieta schodząca po schodach.
Wystarczy siedemnaście obrazków. Tyle klatek na sekundę miał pierwszy film braci Lumière. Kobiety wychodzące z fabryki. Ktoś wyjeżdża na rowerze. Podbiega duży pies. Koń ciągnie wóz.
Bracia Światło. August i Luis. Jakże odpowiednie nazwisko.
Bo film to przecież próba okiełznania światła. Za pomocą rozżarzonych do białości drucików, różnokolorowych folii, szklanych soczewek, szybek, luster, papierowych, styropianowych, aluminiowych blend.
Plan filmowy przypomina dobrze zaplanowaną operację wojskową. Dużo drogich zabawek. Biegający we wszystkich kierunkach ludzie. Wśród nich filmowy żołnierz doskonały – grip. Świetnie uzbrojony w dziesiątki narzędzi, różne taśmy klejące, worki z piaskiem, statywy, kable, grube rękawice pozwalające dotykać gorących lamp filmowych. Mający tylko jeden cel – ujarzmienie światła, zmuszenie go do posłuszeństwa.
Mówi operator: “Panowie, Francis ma taki pomysł, żeby nie było w tym ujęciu widać oczu Marlona. Potrzebuję przestawienia świateł”.
Nasz świat jest nieznośnie ciągły. Kolejne wydarzenia następują po sobie z twardą logiką jak kolejne ogniwa łańcucha. Tak jest od rana do wieczora.
A potem zasypiamy.
Film jest jak sen. Oczywiście nie on pierwszy. Już opowiadane przy ogniskach eposy kpiły sobie z zasady trzech jedności. Ich bohaterowie w magiczny sposób przenosili się o setki kilometrów. W ciągu sekund mijały lata. Martwi wracali do życia.
Ale film w doskonały sposób połączył opowieść z obrazem. Uczynił świat przedstawiony wręcz fizycznie namacalnym. Choć może nie, tu też nie był pierwszy. Wszyscy pamiętamy ciężar uniesionej nad głową siekiery Raskolnikowa.
Z pewnością jednak film pozwala na odkrywanie prawideł jakimi rządzi się nasz umysł. Jakie zestawienie dwóch obrazków uznamy za naturalne i płynne, a jakie wzbudzi w nas wewnętrzny opór?
Dwie postacie stoją na wzgórzu. Patrzą w dal. Widzimy je w pełnym planie. Cięcie. Te same dwie postacie. Nadal patrzą w dal. Plan amerykański – postacie widzimy od kolan w górę. Zgrzyt.
Dwie postacie stoją na wzgórzu. Patrzą w dal. Widzimy je w pełnym planie. Cięcie. Zbliżenie na twarz jednej z postaci. Wszystko jest w porządku.
Film jest dobrowolnie przyjmowanym przez nas kłamstwem.
Przejmujemy się losem postaci granych przez aktorów, których widzieliśmy wcześniej w dziesiątkach innych filmów. W dziesiątkach wcieleń.
Wierzymy, że dwie osoby rozmawiają ze sobą w sytuacji kiedy między pytaniem a odpowiedzią mija kilka godzin.
Najbardziej prawdziwy był chyba ten pierwszy film braci Lumière. Zachowana zasada trzech jedności. Żadnych cięć. Brak koloru.
Bo kolor nie jest w filmie po to żeby było bardziej prawdziwie. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jest kolejnym narzędziem służącym temu by uczynić kłamstwo doskonałym.
Film zrobi wszystko byśmy uwierzyli, że kompletna ułuda jest realnością. Choć nie zawsze. Jak trzeba, przekona nas, że rzeczywistość jest jedynie zbiorem zabawek i dekoracji. Proszę – ta technika nazywa się tilt-shift:
W filmie nie to jest naprawdę istotne, co się istotnym wydaje. “Film jest sztuką obrazu”. Czy w związku z tym najważniejszy jest obraz i jego jakość?
Czy potrafi nas poruszyć złej jakości film obejrzany na youtube? Tak – póki coś widać, i póki jest dobry dźwięk. Wyobraźmy sobie próbę obejrzenia filmu o doskonałym obrazie i wyjątkowo szumiącym dźwięku…
Ten cały film to taki tani freudowski żart jest. Coś jak sanki rzucone do pieca w ostatniej scenie filmu “Obywatel Kane”.