Tagi: Arthur Conan Doyle , fantastyka , film , klasyka , Sherlock Holmes , superbohater
Ilekroć słyszę o zamiarach ekranizacji klasyki, mam mieszane uczucia. Z jednej strony, twórcy części przeróbek powinni smażyć się w piekle (“Niebezpieczne związki” wrzucone w realia amerykańskiego college’u?), z drugiej trzeba powiedzieć sobie szczerze: niektóre dzieła kultury są ponadczasowe, jednak forma zdecydowanie wymaga unowocześnienia, o ile ktokolwiek ma to chcieć oglądać / czytać / przyswajać w jakiś inny sposób.
Najlepsze przykłady takiej sytuacji to “Dracula” Brama Stokera i “Frankenstein” Mary Shelley. W obu tych przypadkach mamy do czynienia z archetypami, których ślady widać w całej kulturze XX wieku (choćby cały nurt filmów o wampirach, którego świeżym – żałosnym – przejawem jest “Zmierzch” i pochodne) – ale język to ramota, przez którą chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie przebrnąć.
W przypadku historii o Sherlocku Holmesie problem nie jest może aż tak dramatyczny (Conan Doyle pisał je często do gazet zarobkowo, co zmuszało go do unikania dłużyzn), jednak statyczna często akcja nie rokuje zbyt dobrze współczesnej widowni lubiącej solidne wybuchy i pościgi. Na szczęście za odświeżenia najsłynniejszego detektywa w literaturze wziął się Guy Ritchie – i podszedł do tematu tak, jak można było mieć nadzieję... Z szacunkiem dla oryginału, dobrą znajomością materiału źródłowego i sporym przymrużeniem oka.
No więc najważniejszy jest oczywiście sam Holmes, grany przez Roberta Downeya Jr. Z jednej strony – genialny intelekt (choć kawałki, gdy układa w głowie przebieg mającej się zdarzyć za chwilę walki, twórcy mogli sobie odpuścić), z drugiej – jednostka absolutnie nieprzystosowana. Rozpaczliwie samotny, gdyby nie Watson nie miałby nikogo bliskiego – więc co robi Holmes? Popisując się zdolnością dedukcji depcze buciorami uczucia narzeczonej Watsona… Scena, gdy opuszczony przez towarzystwo siedzi przy stole w restauracji to jeden z momentów, gdy widzimy, że ten facet składa się z czegoś więcej niż mózgu i umiejętności walki wręcz. Trochę szkoda, że nie przeznaczono więcej czasu na uczłowieczenia postaci detektywa.
Gdy Holmes nie ma zajęcia, odbija mu szajba: eksperymentuje na sobie i psie, zabija czas niespecjalnie legalnymi substancjami, gra (kiepsko) na skrzypcach. Ale nuda szybko się kończy: sprawa psychopatycznego lorda Blackwooda wydawała się zamknięta – sadystyczny morderca ze skłonnościami do okultyzmu, osądzony, wygłasza mistycznie brzmiące pogróżki, zatańczył konopne fandango… Niestety, według policji zbrodniarz wstał z grobu.
Jako że Blackwood jest kreaturą wysoce nieciekawą, Holmes – traktując to jako plamę na reputacji – postanawia przyjrzeć się sprawie dziwnego powrotu między żywych. Nie chcąc zdradzać fabuły powiem tylko, że jego śledztwo jest równie bezpieczne jak stepowanie na grzechotnikach: w grę wchodzą ciemne sprawki sfer rządowych, tajne stowarzyszenie w stylu masonerii, śmiertelnie groźna nowa technologia, czarna magia – i “ghost of Christmas past” w osobie Irene Adler.
Grana przez Rachel McAdams, Adler to kwintesencja wszystkich femme fatale, jakie widzieliście do tej pory w kinie: śliczna, uwodzicielska, inteligentna (jedyna kobieta, która wykiwała Holmesa – choć zdaje się, że w grę wchodził tu nie tyle pojedynek intelektów, co fakt pominięcia przez detektywa głowy w procesie decyzyjnym)... I ma się rozumieć, skrywa mroczną tajemnicę, że nie wspomnę o wbudowanym w tę postać konflikcie lojalności.
Nie może być Holmesa bez Watsona, i w tej roli mamy Jude’a Law. Kiedy ten aktor nie bazuje na swojej reputacji pięknisia, wybierając role wychodzące poza stereotyp, to rezultaty są niezłe: “Road to perdition”, “Sleuth”, a teraz właśnie Watson. W przeciwieństwie do utrwalonego stereotypu, Watson w interpretacji Law to pełnokrwisty zawadiaka. Weteran wojny w Afganistanie, świetnie bije się wręcz, zaręczył się właśnie i przeprowadza do normalniejszej dzielnicy – ale przecież łatwość, z jaką poruszą się po szemranych częściach miasta, dokach i szulerniach, nie wzięła się znikąd… Słowny ping-pong między nim a Holmesem, ocierający się chwilami o granice dobrego smaku, to jeden z lepszych elementów filmu.
Osoby dramatu są oczywiście ważne, podobnie jak fabuła – ale snuta przez Ritchie’go opowieść nie miałaby tak fantastycznego klimatu, gdyby nie filmowy Londyn. Nie wiem ile ma ten wizerunek wspólnego z rzeczywistością, podejrzewam że ktoś znający historię XIX wieku w stolicy Wielkiej Brytanii znalazłby całe mnóstwo nieścisłości, i nie jest specjalnie ważne. wrażenie jest niezapomniane: nawet jeśli akurat nie siąpi albo nie leje, niebo wygląda tak, jakby za chwilę miała lunąć matka wszystkich potopów. Zaułki, przez które Holmes i Watson gonią złoczyńców są ponuro brudne, jeśli jakieś zdarzenie ma miejsce po zmroku, to noc jest czarna jak sumienie lorda Blackwooda, eleganckie wnętrza (niektóre – określenie nijak nie stosuje się do gabinetu Holmesa) skontrastowane są z dzielnicami wokół portu, gdzie brud, smród i ubóstwo aż kłują w oczy… No i oczywiście Tower Bridge.
Jak dyktują prawa dramaturgii filmów akcji, finałowa konfrontacja dobra ze złem musi odbyć się w najbardziej charakterystycznym punkcie miasta (i obowiązkowo z dobrą panoramą okolicy): jeśli Nowy Jork to Statua Wolności, w Paryżu – Wieża Eiffla, a w Londynie wspomniany wyżej Tower Bridge – który w momencie, gdy poznajemy bohaterów, wciąż jeszcze jest w budowie. Fenomenalny widok Londynu wzdłuż Tamizy, walające się sznury, haki i belki (i tak, zgadliście: budowlany bardak ma znaczenie dla przebiegu walki) – i, naturalnie, sine przed burzą niebo.
Podsumowując: ciekawy eksperyment z tematem, który wydawał się już do cna wyeksploatowany. Twórcy postawili na odświeżenie postaci Holmesa, przenieśli na ekran wątki twórczości Conan Doyle’a, które w książkach są na ogół zbywane dwoma zdaniami na marginesie (boks, walka wręcz, narkotyki – to naprawdę nie są wymysły Ritchie’go), dobrali do głównych ról aktorów, między którymi aż iskrzy… Holmes jest błyskotliwy, Watson twardy, Adler śliczna, Blackwood demoniczny – a do tego nieźle pomyślana intryga, dobra muzyka i fenomenalne zdjęcia. Czego chcieć więcej w piątkowy wieczór ?
Idźcie, bo warto.
Komentarze:
Bananie...
Miałem sobie tego Holmesa odpuścić. Ale mnie zaintrygowałeś...
Więc pójdę. Zwłaszcza, że lubię Roberta Downeya Jr, za odważne eksperymenty ze swoim aktorskim emploi…. :)
Fakt: on jest głównym plusem “Tropic thunder”, choć mnie ostatnio zauroczył na maksa w “Iron Man”... W ogóle ma coś w sobie takiego, że się go lubi, nawet w niezbyt wybitnych produkcjach.
Bananie snuta opowieść o filmie jest przedniej marki. Zazdroszczę.
Na Holmesa będę musiał poczekać gdy się pojawi na DVD, bo mam ograniczony limit wyjść (ach te baby czyt. bejbi z którymi nie ma komu zostać) a już plany na luty zaawansowane.
Roberty Downey to faktycznie intrygująca postać. Zastanawiam się tylko ile w tym jest RD a ile wspomagaczy, bo to raczej badboy jest.
Z drugiej strony Jude Law siakiś taki lekko drewniany jest.
czy po opowieści Banana iść jeszcze do kina czy też zachować w pamięci tzw. dobre wyobrażenia:-)
Mógłbyś częściej? Oszczędziłbym sobie trochę czasu.
Pozdrowienia serdeczne z mroźnego Krakowa (-18 w południe, rano ze psem o 7: – 23, za to wilgotność w południe tylko 12 % – rzecz w naszym mieście niespotykana, wszystkie komary śzlag trafił!)
SH faktycznie – najwyższa świeżość i zabawa formą najwyższych lotów. Po “Przekręcie” to chyba najlepszy film GR. Oczywiście – przymrużenie oka jest tutaj konieczne. Zasadniczo – można porównywać jak z archetypami pierwotnych postaci poradzili sobie: Nolan z Batmanem i Jokrem oraz GR z SH. Mimo wszystko, stawiam na Nolana. Sherlock Guya Ritchego jest po prostu zbyt malo Doylowaty – można mu nadać dowolne nazwisko i byloby super. Oczywiście – uczłowieczanie Sherlocka jest niezwykle trendy i doskonale wpisuje się w aktualne zabawy filmowców z wypełnianiem duszy każdego bohatera trafiającego pod matrycę speców od obrazków. Zwłaszcza speców nastawionych na cykl, bo że czeka nas część druga, jest przecież pewne.
Nie zmiena to faktu, że film jest w każdym elemencie warsztatowym co najmniej dobry. Aktorstwo Downeya i Lowa na doskonałym poziomie. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś mógł ich zastąpić. Myślałem o Owenie Wilsonie, ale on jednak jest zbyt słaby aktorsko, by się moierzyć z Downeyem. Choć już taka McAdams to jedynie ozdobnik, a Mark Strong zdecydownie zbyt słabo wykorzystany (pewnie pamiętasz go z “W sieci kłamstw” – wbił mi się w pamięć bardziej ni DiCaprio i Crowe).
Obraz Londynu niezapomniany – strona wizualna filmu jest po prostu powalająca. Lista dialogowa i interakcje – dokładnie tak jak opisałeś. Siedząc na fotelu wciąż czeka się na następny dialog i następną perełkę w szermierce słownej.
Film zdecydowanie godny polecenia i to do zobaczenia na jak największym ekranie. Jednocześnie w przeciwieństwie do Awatara – najwyższej jakosci wizualna oprawa stanowi wciaż jedynie tło do opowiadanej opowieści. A chyba tak właśnie być powinno.