Uwaga. Poniższy tekst stanowi prywatne rozważania autora, który nie ma żadnych uprawnień, by wypowiadać się w imieniu Kościoła, czy wykładać katolicką doktrynę. Autor stara się bardzo i ufa, że poważnych herezji nie głosi — jeśli jednak jest inaczej, chętnie przyjmie sprostowanie.
Autor przyznaje także, że główną myśl tego, co poniżej — wyczytał, zamiast samodzielnie wynaleźć. Nie pamięta jednak gdzie i kiedy, poza tym, że było to dawno. Wszystkie więc argumenty autor wynalazł samodzielnie, co z góry zapowiada, iż są one nienajlepsze.
Kościół jakoś zawsze stał po stronie polskości i walki o demokrację (wcześniej o wolność)
Powyższy cytat pochodzi z
wypowiedzi Maksa, co notuję jedynie dla porządku. Nie jest to bowiem (no offence, Max), specjalnie oryginalna refleksja, a raczej powtórzenie
oczywistej oczywistości. To
wszyscy wiedzą, prawda? Otóż właśnie — nieprawda.
Chociaż rzeczywiście takie jest u nas powszechne przekonanie, ale jeśli chcemy zbliżyć się do prawdy, owo
zawsze z przytoczonego twierdzenia jest, w perspektywie dziejów Kościoła, raczej dość krótkim epizodem. A i w kontekście ponad dwa razy krótszej, polskiej historii należałoby sięgnąć po mały kwantyfikator.
Po stronie polskości?
Prawda żeśmy z dawien dawna trwali przy papiestwie, ale sens był w tym raczej geopolityczny; zwierzchność Cesarza Rzymskiego Narodu Niemieckiego mniej nam odpowiadała, jak również, nieco później, zagrażała nam zwierzchność Cesarza Trzeciego Rzymu. Watykan był daleko, politycznie rozsądne było więc do niego się odwoływać.
Późniejsza historia więź Polaków z Kościołem rzymskim przeobraziła i zacieśniła, dodając jezuicką żarliwość i niezwykły u innych nacji sojusz ołtarza z ludem, wobec szykan ze strony okupacyjnej i niekatolickiej władzy.
W tym naszym polskim utożsamieniu polskości z katolicyzmem, gdy sąsiednie narody są albo protestanckie, albo prawosławne, zapominamy o prostej, a ważnej zasadzie: Kościół jest przede wszystkim
powszechny i z równą troską obejmuje swych wiernych mówiących po szwedzku, niemiecku, polsku, co w językach ruskich. W sporze między Polakami a Niemcami czy Rosjanami — Kościół nie może stać po stronie polskości, lecz po stronie sprawiedliwości. Że różnie z tym bywało i że osąd co sprawiedliwe, a co nie, bywał stronniczy lub uwarunkowany politycznymi kalkulacjami — to inna rzecz.
Po stronie demokracji?
Kościół wcale nie
zawsze był także obrońcą demokracji. W początkach mody na demokrację była ona
ex cathedra potępiana, zwłaszcza zaś po doświadczeniach Rewolucji Francuskiej. W samej Italii przykładowo Garibaldi był takoż ikoną ruchu demokratycznego, co wyklętego wroga Kościoła. Aż do czasów Drugiej Wojny Kościół bywał raczej gorącym przeciwnikiem ludowładztwa, czy przynajmniej krytykiem. Dość długo trwało, nim uznał ten ustrój jako sprawiedliwy, a i dziś stawia mu wiele ostrych wymagań, przestrzegając przed zagrożeniami. Wielu za
przełomowy w tej dziedzinie ma pontyfikat Jana Pawła II.
Po stronie walki o niepodległość?
Świadomie przeinaczam
pytanie, zawężając szerokie zagadnienie
wolności do samej kwestii ruchów wyzwoleńczych i niepodległościowych. Ale i o to chodzi w naszym kontekście.
Przez długie wieki Kościół dystansował się, czy wręcz odżegnywał od tendencji narodowych, akcentując jedność i uniwersalizm — dlatego tak długo trwał przy liturgicznej łacinie.
Może nas oburzać nieco dziś w Polsce zapomniane potępienie przez papieża Piusa VI Insurekcji Kościuszkowskiej, oraz jego wzywające do posłuszeństwa zaborcom
brewe do bpa Krasickiego. Może oburzać ciut lepiej znana
(dzięki Słowackiemu) ocena Powstania Listopadowego przez Grzegorza
XVI i jego napomnienie Polaków do posłuszeństwa władzy, w encyklice
Cum Primum — ale to są fakty z historii Kościoła.
Potępienie buntów i rewolt oraz apele o posłuszeństwo panującym nie dotyczyło jakoś szczególnie Polaków — było w głównym nurcie nauczania katolickiego.
Za autorytetem władzy
Kościół od początku podkreślał konieczność istnienia władzy w ogóle, a w szczególności posłuszeństwa władzy świeckiej. Już św. Paweł to jednoznacznie wyrażał, przypominając, że władza ta
nie darmo nosi miecz. Przy tym, za Janem i Pawłem, Kościół głosi, iż
wszelka władza pochodzi od Boga.
Stąd — niechętnie, a przynajmniej bardzo ostrożnie Kościół podchodzi do ruchów buntowniczych czy wyzwoleńczych.
W tym momencie łatwo staje przed oczami rewolucyjna karykatura opasłego biskupa wraz notablem i kapitalistą siedzących na grzbiecie chuderlawego biedaka. Ot, sojusz tronu i ołtarza.
Nic dziwnego, że oderwani od ludu hierarchowie bali się buntów — i je potępiali.
Zarzut, nie da się ukryć, historycznie nie bezpodstawny. Ale generalnie — chybiony.
Świadectwo Jezusa
Warto zauważyć, że sam Jezus, nauczając w okresie nabrzmiałego oporu swoich rodaków przeciw bezbożnym okupantom, niespecjalnie trafiał w nastroje społeczne, wedle których mesjasz winien stanąć na czele narodowej świętej wojny (kolejnej), by ustanowić Królestwo Izraela, wedle proroctw. Faryzeusze, Zeloci i lud prosty tego chciał. I za zawiedzenie tych nadziei właśnie — wołali o wolność dla Barabasza.
A Jezus? Gdy go spytano o upokarzające prawo rzymskich okupantów, mogących od każdego zażądać nieodpłatnych usług tragarza na przestrzeni mili — odrzekł
nie tysiąc, ale dwa tysiące kroków. Gdy spytano o łupieżcze podatki okupacyjne (nie świątynne, nakazane Prawem i Tradycją) — odrzekł
Cezarowi co cesarskie.
Nie sposób synowi cieśli z Nazaretu, działającemu w epoce między dwoma krwawymi powstaniami, wywodzącemu się z pogardzanej
Galilei pogan, skonfliktowanemu z elitą kolaboracyjnej władzy (Saduceuszami), ostatecznie przez owe elity wraz z władzą rzymską skazanemu i ukrzyżowanemu — czynić zarzutu z
sojuszu ołtarza z tronem. Taki sojusz tworzyli właśnie ci, którzy go skazali.
Szczerze mówiąc, jako człek wychowany w kulcie dla polskiej tradycji powstańczej zawsze jestem poruszony postawą Jezusa wobec władzy okupantów. A dodajmy, że z punktu widzenia religijnego Żyda (tak, z punktu widzenia Jezusa) byli to bałwochwalcy, wrogowie Boga i ludzie nieczyści.
A jednak — w nauce Jezusa niezwykle mało znajdziemy słusznego gniewu na nadużycia władzy, gwałt i niesprawiedliwość. Za to pełno bardzo ostrej krytyki pobożnych patriotów wywodzących się z ludu — czyli Faryzeuszy. To ich hipokryzja w naukach Chrystusa staje się głównym zagrożeniem dla Narodu Wybranego.
Nie wiem, ile wody w Wiśle upłynie, zanim Polacy w ogóle zechcą dostrzegać te fragmenty Ewangelii.
[1]
Wolność jest w nas
Jezus odcinał się od rewolucji politycznej. Jego królestwo nie jest z
tej ziemi. Jeśli
błogosławieni płaczący zostaną pocieszeni — to nie dlatego, że (jak mawiał wójt Peppone)
nadejdzie kiedyś dzień gniewu ludu i znajdzie się wtedy osiemdziesiątka jedynka na tę księżowską dzwonnicę. Nie. Pocieszenie nie wyniknie ani z pomsty, ani ze sprawiedliwego ustroju zbudowanego na grobach ciemiężców.
Także Apostołowie kontynuowali nauczanie Tego, który dał się ukrzyżować za niesprawiedliwych — i zmartwychwstał.
Przemiana społeczna nie jest celem ich działań i ani razu o niej nie wspominają — a przecież staje się ona skutkiem ich działań. Paweł nie krytykuje nigdzie systemu niewolnictwa — owego fundamentu stosunków społecznych i gospodarczych Imperium. Ale zaleca panom traktować swych niewolników jak Braci w Chrystusie, z miłością i odpowiedzialnością — a niewolnikom wpaja, by służyli swym panom w wolności i z miłością, nie ze strachu. Niewolnik, któremu raz wrócono godność — staje się wolny, choćby i zakuto go w kajdany. Podobnie jak teoretycznie wolny pracownik najemny może stać się niewolnikiem, skutym kajdanami strachu zbudowanego na presji finansowej i społecznej.
Chrześcijaństwo wyzwala niewolników nie w drodze buntu czy rewolucji — ale przez uświadomienie godności Dzieci Bożych zarówno panom jak sługom.
Po stronie uciśnionych — po stronie sprawiedliwości
Kościół jednak musiał zawsze stawać po stronie prześladowanych i uciśnionych. Wierność Ośmiu Błogosławieństwom, wierność Jezusowi objawiającemu Tajemnice prostaczkom, wierność zapowiedzi Sądu Ostatecznego, rozliczającego z uczynków wobec
tych najmniejszych, wreszcie wierność starszym Pismom i Prorokom i całej Tradycji Izraela — nie daje innej możliwości.
Dlatego każdy moment w historii, gdy postawa Kościoła nie była jednoznacznie po stronie słabszych, gdy Kościół nie dawał świadectwa sprawiedliwości i miłości, gdy lekceważył głos cierpiących — jest wielkim krzykiem oskarżenia.
Trzeba zaznaczyć, że przez dwadzieścia wieków zebrał się z takich krzyków wielka orkiestra. Ufać trzeba, że Boże miłosierdzie jest większe.
Ale też sporo jest znaków budujących.
Na przykład, choć był konsekwentnym przeciwnikiem ruchów narodowych, Pius IX zaprotestował przeciw okrucieństwom Rosji w dławieniu Powstania Styczniowego i apelował o modlitwę za Polskę.
Trzeba zaznaczyć, iż, mimo okrutnych doświadczeń chaosu Rewolucji i jej pokłosia, Kościół dostrzegał, że u źródeł niepokojów społecznych była prawdziwa niesprawiedliwość.
Leon
XIII w encyklice Rerum Novarum nie tylko potępił socjalizm i odarty z człowieczeństwa liberalny kapitalizm — ale przedstawił fundamentalne założenia chrześcijańskiej nauki społecznej. Trudno pomijać ten wkład Kościoła we współczesny europejski system wartości i model stosunków społecznych.
Sobór Watykański II
Ostateczny przełom w nauczaniu Kościoła stanowi ostatni sobór powszechny.
Doświadczenia II Wojny Światowej stały się ostatecznym argumentem, by bardziej ufać wolności i odpowiedzialności jednostek, niż porządkowi społecznemu zabezpieczanemu przez władzę.
Bardziej bowiem niż kiedykolwiek wcześniej stało się widome, że dobrze zorganizowana władza może być straszliwym narzędziem w rękach Złego.
W końcu doceniono zalety demokracji — choć nadal w Katechizmie Kościoła Katolickiego, wydanego w latach 90 ubiegłego wieku, to słowo nie pada ni razu (jeśli dobrze szukałem).
Kościół także pierwszy raz otwarcie docenił tożsamość narodową samą w sobie, nie zaś w kontekście więzów (posłuszeństwa) z władzą świecką.
Warto docenić w nauczaniu katolickim wkład Jana Pawła II — z jego polską tożsamością i tradycyjnym, żarliwym patriotyzmem przesiąkniętym katolicką religijnością, oraz z doświadczeniem obu straszliwych totalitaryzmów. Jego długi i pod wieloma względami rewolucyjny pontyfikat odcisnął na Kościele niezatarte piętno.
Ale, żeby nie przyszło komuś do głowy, że Kościół pod wodzą Polaka zrobił
w tył, czy choćby
w lewo zwrot — trzeba przypomnieć trudne początki jego pontyfikatu, gdy z całą mocą przeciwstawiał się Teologii Wyzwolenia — w jej mateczniku. My pamiętamy papieża wśród tłumów wiwatujących — ale tam został przez tłumy wygwizdany. I to nie byle jak.
Nie był więc
nasz papież przyjacielem rewolucjonistów.
Kościół a sprawa polska
Na koniec jeszcze rzeknę, jak postrzegam źródło owego sprzężenia patriotyzmu z religijnością i społecznej pamięci, że Kościół był
zawsze ostoją i obrońcą pierwiastka narodowego, ogniskiem oporu i walki o wolność i niepodległość.
Fundament silnie katolickiej tożsamości narodowej dostrzegam w epoce nowoczesnej. W tej, w której nowoczesne narody w ogóle się narodziły. Inne nacje miały już w tym momencie otwarte jakieś starożytne lub nowsze konflikty z Kościołem i wiarą w roli głównej — Gibelini i Gwelfowie, luteranie, kalwini, hugenoci, husyci, anglikanie i prezbiterianie, rewolucjoniści francuscy, włoski Garibaldi itd itp. I wszystkie te narody owe tradycje wniosły do nowoczesnej tożsamości. Tożsamości, która rodziła się we wszystkich tych przypadkach przynajmniej częściowo w sporze z Kościołem.
My mieliśmy coś przeciwnego. My mieliśmy odziedziczoną po epoce jezuickiej kontrreformacji tradycję
przedmurza chrześcijaństwa, wojen z protestanckimi Szwedami, prawosławnymi Kozakami i Rosjanami, oraz niechrześcijanami z południowego wschodu. Choć taka tradycja utrwaliła się nam w dużej mierze za sprawą niejakiego Henryka S., zawodowego pokrzepiacza.
Ale ponadto mieliśmy zabór pruski i rosyjski — luterański i prawosławny. Odkąd ciąg niefortunnych zdarzeń odciął od głównego nurtu narodowej kultury Wielkie Księstwo — Polak utożsamił się z katolikiem. A zmagający się z restrykcjami nieprzychylnej władzy Kościół katolicki — stał się jedyną instytucją, która była po
tej samej stronie. Po polskiej stronie.
Nasze tradycje narodowe rzadko kiedy sięgają poza tę epokę, przed wiek
XIX — na co też składa się wiele czynników. Wśród nich warto przyjrzeć się demografii, rozwojowi edukacji wśród chłopstwa, migracjom ludności — ale i zauważyć pierwsze dostrzeżenie kultury ludowej przez elity. Jak mi się zdaje, my, Polacy, o wiele bardziej niż inne europejskie narody, zaczęliśmy się w epoce nowożytnej. To z tych czasów jest karp i puste nakrycie przy wigilijnym stole i inne najstarsze, święte obyczaje.
Wcześniej — jest tylko mitologia i kroniki.
A potem następuje druga cezura naszej tożsamości, prawdziwa linia demarkacyjna. Dekada w której Polacy wpadli w mikser historii, po czym wylało ich w innym miejscu i innej rzeczywistości — sowieckiej okupacji i następnie quislingowskiej autonomii. I w tych realiach znów Kościół (jako instytucja) był po
ich stronie. Niekoniecznie z wyboru. Prześladowany, wywłaszczony, w więzieniach, cenzurowany, zastraszany. Ale i umiejący na tyle rozmawiać z komunistami, by nie podzielić smutnego losu czeskich katolików. Tu jest wielkie dzieło prymasa Wyszyńskiego.
Potem jest już Jan Paweł II. A resztę znamy.
Polski Kościół, którego księża i biskupi byli Polakami i patriotami, którzy nader często z ludu się wywodzili — tak, ten Kościół
zawsze stał po stronie polskości. Ale owo
zawsze oznacza w zasadzie
to, co najstarsi górale pamiętają i nie przekracza granic naszej ojczyzny.
Pytanie, czy dziś, gdy nie ma już zaborów ani okupacji, a Polak-katolik musi swą wiarę i patriotyzm konstytuować w kontekście współczesnego świata i Europy, jednoczącej się, coraz bardziej zateizowanej, spadającej na świecie (i w ramach Kościoła!) z piedestału do roli
półwyspu na Zachodzie — czy dziś owo scalenie polskości i katolickości ma sens?
Czy nie pora zacząć oba czynniki tożsamości wierzącego rodaka widzieć osobno?
Czy nie pora odkryć, że Kościół jest większy niż Polska, a nie cała Polska mieści się w matczynych ramionach Kościoła? Ani dziś, ani wczoraj, ani tym bardziej jutro?
[1]Chociaż nie. Jest jeden fantastyczny precedens. Jest nim ruch Solidarności, zwłaszcza jeśli patrzeć nań przez pryzmat nauk księdza Popiełuszki. To rzeczywiście pierwszy społeczny ruch wolnościowy, skoncentrowany na pokojowych zabiegach o godność i prawa człowieka, na oddolnej przemianie społeczeństwa i państwa, nie zaś na
odbieraniu szablą, co nam obca przemoc wzięła. Osobna rzecz, ile z tego zostało.